- Część siebie zostawiłeś na trasie. I to dosłownie. Na oko do domu wróciło cię kilkanaście kilogramów mniej.
- Przed wyjazdem ważyłem niespełna 90 kilogramów. Po powrocie niespełna 80. Straciłem więc co najmniej 10 kilogramów. To uzmysławia, jak wielkim wysiłkiem dla organizmu była ta wyprawa. Nie miałem żadnej specjalnej diety, która bilansowałaby codzienne zużycie energii. Teraz muszę nadrobić spadki. Regeneruję się.


- Bardzo różnie, niejednokrotnie bardzo skromnie. Nie stołowałem się w restauracjach. Budżet wyprawy na to nie pozwalał. Czasami musiałem się więc zadowolić chlebem ze smalcem, ale i tak nie narzekałem. Tak przecież wyglądała codzienność naszych dziadków, którzy wykonywali ciężką, fizyczną pracę, w najgorszych czasach jedząc przy tym bardzo skromnie. I dali radę. Specjalnie się więc nie zamartwiałem. Oczywiście, nieraz zdarzało mi się najeść do syta dzięki gościnności ludzi spotykanych po drodze, którzy zapraszali mnie pod swój dach. Zabrałem ze sobą tylko 220 euro i trochę własnoręcznie wykonanej biżuterii na sprzedaż. Trzeba było więc sobie radzić. Czasami walczyć o przetrwanie.

- Noclegi?
- Najczęściej w namiocie. Jeśli była możliwość, na prywatnych posesjach. Tak jest bezpieczniej.
- Dlaczego rowerem?
- Tylko rower pozwala w pełni poczuć drogę i pokonywaną przestrzeń. Poruszasz się dzięki sile własnych mięśni. Prawdziwy wyczyn. To też wielka satysfakcja. Poza tym nie musisz zwracać uwagi na stacje benzynowe.

- Jak najbardziej. Wcale nie chodzi o dokonywanie wielkich wyczynów. Kilkudniowy wypad rowerowy też może dostarczyć niesamowitych wrażeń. Trzeba tylko chcieć. Ze swojej strony gorąco polecam.

- Gdy rozmawialiśmy prawie trzy miesiące temu, w przeddzień wyprawy, byłeś bardzo pozytywnie nastawiony. Być może jednak pierwsze kilometry na rowerze uzmysłowiły ci, jak bardzo ambitny cel sobie postawiłeś. Żadnego zwątpienia, myśli, by zawrócić do domu?


- Najgorzej wspominam chyba drogę przez Rumunię. Ze względu na ludzi. O ile na wcześniejszych, a także późniejszych etapach podróży mogłem liczyć na bezinteresowną pomoc i przyjacielskie gesty ze strony mieszkańców, w Rumunii miałem kilka nieprzyjemnych sytuacji w kontaktach z Romami, którzy natarczywie próbowali wciągnąć mnie w jakieś swoje interesy i nie przyjmowali do wiadomości odmowy. Jakoś sobie z tym radziłem, ale w drodze powrotnej ominąłem Rumunię. Radzę to też każdemu, kto wybiera się w ten rejon Europy. Inny problem to rozmijanie się map z rzeczywistością. Zdarzało się, że musiałam zawracać i nadrabiać nawet kilkadziesiąt kilometrów, bo zaznaczona na planach droga po prostu się urywała.
- Sprzęt nie zawiódł?

- Pierwszego „kapcia” złapałem dopiero w Bułgarii, potem już znacznie częściej, ale generalnie obyło się bez poważniejszych problemów technicznych. Jechałem na swoim nienowym już rowerze. Jednak do wyprawy pomogła przygotować mi go firma Cardio-Sport z Kędzierzyna-Koźla. Sprzęt spisał się więc dobrze.

- Górskie monastyry położone w północnej części kraju – Haghpad i Sanahin. To był ostateczny cel.

- Przede wszystkim ogromną satysfakcję, że się udało. Po prostu szczęście. Ludzie, których tam spotkałem, byli niesamowici. Choć niewiele mieli, chętnie się tym dzielili. Byli bardzo otwarci i przyjacielscy. Niesamowite chwile.
- To najlepszy moment podczas całej wyprawy?

- Jeden z najlepszych. Długo by opowiadać. Prowadziłem dziennik, aby nic mi nie umknęło. Chcę go opracować i opublikować. Może w formie książki. Poza tym mam wiele godzin nagrań wideo. Po obróbce również będę chciał je pokazać.



- Bała się. Najbardziej chyba właśnie podczas tego zamachu. Byliśmy w kontakcie, więc na bieżąco ją uspokajałem. W kolejną wyprawę być może pojedziemy razem.

- Chcielibyśmy wybrać się do Ameryki Południowej i tam na rowerach przemierzyć kilka krajów, ale to najwcześniej za rok. Znam trochę hiszpański. Podczas podróży to bardzo istotne, by się dogadywać, szczególnie, jeśli jednocześnie zbiera się materiał. Taka wyprawa wymaga już odpowiednich funduszy. Może się więc okazać, że ostatecznie wyruszymy do Hiszpanii. Kto raz połknie bakcyla prawdziwego podróżowania, pokocha to, później już nie usiedzi. Przygoda wzywa.
Strona wyprawy Biketravel Challenge na Facebooku

Napisz komentarz
Komentarze