Nauczycielka z Kędzierzyna-Koźla trzy miesiące spedziła w jednym z najniebezpieczniejszych krajów świata

12

Renata Matusiak słynie z odważnych, często niebezpiecznych, niezwykłych podróży, na które wybiera się zupełnie sama. To kobieta, która nad wszystko kocha poznawać to, co dotychczas było jej nieznane. Tym razem dzielna podróżniczka postanowiła pojechać do Wenezueli, aby poznać trudne, codzienne życie rodzimych mieszkańców. Trzy miesiące spędziła w uznanym za jedno z najbardziej niebezpiecznych krajów na świecie.

Kiedyś Wenezuela, piękny kraj w Ameryce Południowej z największymi złożami ropy naftowej na świecie, uchodziła za krainę mlekiem i miodem płynącą. Dziś to najniebezpieczniejsze miejsce na kontynencie. To właśnie tam postanowiła pojechać Renata Matusiak, nauczycielka z Kędzierzyna-Koźla, znana z samotnego podróżowania do miejsc uważanych za niebezpieczne. Gdy podróżowała po Kolumbii, ostrzegano ją przez wyjazdem do Wenezueli. Jednak to nie zniechęciło naszej podróżniczki, która mimo kłopotów dotarła do to tego niezwykłego, niebezpiecznego kraju z największym odsetkiem przestępczości na świecie.

– Na granicy było bez problemu, standardowe pytania i tak dalej. Gdy już byłam w Wenezueli i jechałam do pierwszego miasta, tam na pierwszym posterunku poproszono mnie o dowód. Byli zaskoczeni, co cudzoziemka tu robi, bo mało obcokrajowców przekracza granicę. Na policji migracyjnej od razu założyli, że ukrywam dolary. Tak więc czekałam aż wszystko sprawdzą w systemie. Oj trochę to trwało, czekałam, czekałam i czekałam. Nagle poproszono mnie o podejście do biura, kazali mi wejść do małego pomieszczenia z dwójką funkcjonariuszy i zamknęli drzwi od środka. Pytali o to, co robiłam w Afganistanie, mówili że muszą skontaktować się z Interpolem. Wiedziałam, że chodzi o przeczekanie, o zmuszenie mnie, abym straciła cierpliwość i im zapłaciła. Jeden wyszedł odprawić mój samochód. Powiedziałam, że skoro ma odjechać, to ja muszę zabrać swój bagaż. No i tak wciąż czekałam… Później ponownie weszłam do tego pomieszczenia, tym razem z kobietami. Mówiły, że muszą sprawdzić mój plecak i dokonają kontroli osobistej. Było wszystko w porządku, a mi udało się dobrze schować dolary w spodenkach, a ich na szczęście nie musiałam ściągać. Po drodze były również różne rewizje, na szczęście udało mi się przewieźć dolary, inaczej nie wiem, za co bym tam żyła – opowiada Renata Matusiak.

W ostatnim czasie o Wenezueli mówiło się w mediach tylko w związku z protestami tamtejszej ludności. Ludzie buntują się przeciwko obecnemu prezydentowi, kraj staje się areną protestów. 56-letni Nicolas Maduro, dotychczasowy prezydent, po wygranych sfałszowanych wyborach nie chce ustąpić ze stanowiska. Maduro, według szacunków, popiera zaledwie 10 procent Wenezuelczyków. Juan Guaidó, przewodniczący Wenezuelskiego Zgromadzenia Narodowego, uważany jest za tymczasowego prezydenta Wenezueli. W świetle tamtejszego prawa tylko on może sprawować tę funkcję. Tak więc niezadowolenie narasta, a ludzie wychodzą na ulicę protestować. Mieszkanka naszego miasta postanowiła wesprzeć protestujących.

– Na ulicach były prawdziwe tłumy rozżalonych mieszkańców Wenezueli, byłam wtedy z nimi. Czułam tę niesamowitą atmosferę. Ci wszyscy ludzie wyszli na ulice, spojrzeli sobie w oczy i wiedzieli, że chodzi im o to samo, że walczą wspólnie i zgodnie– opowiada Renata Matusiak.

– Po zmroku ludzie boją się wychodzić z domu. Przestępcy są bezwzględni i nigdy nie można czuć się bezpiecznie, tym bardziej, że kradną zawsze, grożąc nożem lub bronią palną. Tak więc ludzie nie zatrzymują się w niektórych miejscach na czerwonym świetle, bo jak się okazuje, to właśnie najlepsza okazja, aby kogoś okraść. Siedzisz w samochodzie, nie ważne czy na światłach, czy na parkingu i nagle ktoś puka do okna pokazuje broń i krzyczy „telefon!”. Ludzie od razu oddają, ciesząc się, że nic im się nie stało. Doceniają to, że uszli z życiem i że po prostu cali i zdrowi wracają do domu – opowiada.

– Pewnego razu wracałam ze znajomą Wenezuelką z ciepłych źródeł. Było już późno. Mieliśmy do przejechania około 30 km. Jechaliśmy autostradą i na naszym pasie pojawił się ogromny kamień. Na drugim pasie był jeszcze większy. Nie mogliśmy przejechać między nimi, więc ruszyliśmy w stronę mniejszego. Gdy przejechaliśmy, odruchowo moja koleżanka chciała się zatrzymać i sprawdzić, co z samochodem. Na szczęście kolega kierowca był opanowany i wciąż jechał dalej. On doskonale wiedział, ze to była pułapka. Więc pędziliśmy do najbliższego posterunku, to był taki check point. Niestety uszkodził się silnik, z którego wyciekł olej. Olej w Wenezueli jest bardzo drogi, a paliwo darmowe. Mieliśmy problem, by załatwić lawetę, to kosztuje dużo i wymaga gotówki, której w Wenezueli brakuje – wspomina Renata.

Wenezuela boryka się również problemami związanymi z dostawą prądu i wody. Jak opowiada podróżniczka, zdarza się, że dostawy energii są wstrzymywane na wiele dni, a woda bieżąca jest tylko raz w tygodniu przez zaledwie kilka godzin.

 

– Koszmarnie drogie są opony, ciągły deficyt powoduje, że stają się obiektem kradzieży. Samochodu lepiej nie zostawiać bez opieki, bo bardzo prawdopodobne jest, że gdy wrócimy opon już nie będzie. Ceny żywności są zbliżone do naszych, jednak ich pensje są niewyobrażalnie niskie. Wynagrodzenie za miesięczną pracę pozwala na zakup jedzenia na trzy dni. Później Wenezuelczycy kombinują jak tylko mogą, aby wyżyć. Pieką ciasta, robią kawę, herbatę i sprzedają na mieście. Jeśli ktoś ma samochód, dorabia jako taksówkarz. Nie mogłam zrozumieć tego, jak oni funkcjonują. Sami Wenezuelczycy również mają z tym problem – podkreśla podróżniczka.

Renata Matusiak właśnie dlatego odwiedziła Wenezuelę, chciała zrozumieć, dlaczego tak piękny kraj, z przepięknymi plażami, boryka się z aż tak wielkimi problemami.

– Mimo wszystko ludzie byli dla mnie bardzo gościnni. Na samym początku mówiono mi, abym nie wyjmowała w miejscu publicznym telefonu. Robiąc to, naraziłabym się na kradzież. Dla mnie były to czasami sytuacje nienormalne, musiałam nawet uważać, kiedy robię zdjęcia, bo to też było ryzykowne. Zawsze pytałam mojego towarzysza, czy jest to odpowiedni moment. Byłam tam bardzo ostrożna. Zaskoczyło mnie to, że w Wenezueli każdy ma dwa telefony, mały, zwykły i smartfon. Niestety złodzieje też już o tym wiedzą i nie dadzą sobie wmówić, że ktoś ma tylko jeden i to najzwyklejszy telefon – opowiada.

Jak podkreśla podróżniczka, jej marzeniem było właśnie pojechać do Wenezueli. Bardzo chciała poznać trudy życia tamtejszej ludności, zrozumieć, co naprawdę tam się dzieje. Doświadczyć na własnej skórze, a nie tylko oceniać kraj z perspektywy tego, co słyszy się w mediach. Jednak najbardziej cieszy się z tego, że zachowując dużą ostrożność, udało jej się bezpiecznie wrócić do kraju.

 

12 KOMENTARZE

  1. o Wenezueli świetnie opowiadał BezPlanu, ale już wyjechał z Caracas, a jego brat w Ciekawehistorie wrzucił 3 filmy o historii wzlotu i upadku tego kraju… szukać na YT

  2. Za co ci ludzie kupują mąkę na ciasto, kawę i herbatę aby później sprzedawać skoro pensja wystarcza tylko na 3dni życia w miesiącu? Do obcego kraju się jedzie aby go poznać a nie p.niemu demonstrować!

  3. Masz rację. Zmierzamy do tego radośnie i w podskokach, popędzani wypowiedziami leni spod sztandaru 500+ różnych takich brajanków i dżesik, których jedynym sukcesem życiowym, było postawienie na baczność fallusa i odpowiednie przygotowanie waginy.

Skomentuj