Młode mamy w kozielskim szpitalu będą dostawać aż pięć zbilansowanych posiłków dziennie

1

Zamiast trzech – pięć posiłków dziennie, odpowiednio dobrana ilość kalorii i wysoka jakość dań – tak od teraz będzie na oddziale ginekologiczno-położniczym szpitala powiatowego w Kędzierzynie-Koźlu. Każda mama będzie mogła przystąpić do nowego programu zupełnie bezpłatnie.  

Szpital podpisał bowiem umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia i będzie drugim szpitalem w województwie, który zaczyna realizować pilotażowy program „Dieta mamy”.

– Jadłospisy będą układane zgodnie z zaleceniami Instytutu Żywności i Żywienia, będzie je weryfikował zespół dietetyków. Cały program trwa dwa lata, potem oceniona zostanie efektywność pilotażu – mówi dr Jacek Mazur, pełniący obowiązki dyrektora medycznego szpitala w Kędzierzynie-Koźlu.

– Dzieci uczą się smaków i nawyków od najmłodszych lat, dieta ma olbrzymi wpływ na rozwój dziecka. Dlatego tak ważnym jest, by dobierać odpowiednią ilość cukrów, przez co zapobiegniemy również rozwojowi epidemii naszych czasów, czyli otyłości – tłumaczy Martyna Żmuda, dietetyk SP ZOZ w Kędzierzynie-Koźlu.

Pacjentki przejdą najpierw konsultacje dietetyczne, gdzie oceniona zostanie ich wiedza na temat zdrowego żywienia. Ze swoim dietetykiem będą mogły się również kontaktować drogą mailową. Na końcu wszystkie wypełnią ankietę satysfakcji.

Oddział ginekologiczno-położniczy w ostatnim czasie znacznie podniósł swój standard. Dysponuje nie tylko bezpłatną szkołą rodzenia, ale również szeregiem innych udogodnień dla przyszłych mam. Dane za 2019 rok pokazują, że pacjentki coraz chętniej wybierają oddział w Koźlu ze względu na coraz wyższą jakość usług.

1 KOMENTARZ

  1. Ten oddział to nie tylko położnictwo. To także leczenie patologii dróg rodnych u starszych kobiet. Przydarzyło mi się zostać pacjentką tego oddziału w ostatnim roku. Przycisnęła mnie „bieda” i nie miałam wyboru. Jedzenie? Kosmiczne nieporozumienie! Co drugi dzień paskudna, tłusta mortadela na śniadanie. Obiady bez smaku, wyglądu, a zapach nawet trudno mi wspomnieć, bo na samo wspomnienie robi mi się niedobrze. Ale nie dlatego, że jedzenie zepsute, tylko pojemniki w których przywozi je firma kateringowa (jakaś z Gliwic) nie zmieniane chyba nigdy, cuchną starzyzną. Więc i posiłki cuchną. Nie wspomnę o bisfenolu uwalniającym się z nich do jedzenia… Mam jakąś wiedzę na temat chemii tworzyw sztucznych. Szkoda gadać! Zjem najprostsze, niewyszukane jedzenie bez wybrzydzania, pod warunkiem, że pachnie jak świeży posiłek…
    Anonimowej „Karty satysfacji” (rozdawanych do wypełnienia hurtowo) nie wypełniłam i nie oddałam… Nie było czego chwalić. Co powiedzieć o kierownictwie oddziału, które zgadza się na coś takiego? Nazywa się to tchórzostwem! Gdyby nie to, że mąż donosił mi raz dziennie jakiś posiłek, pewnie został by ze mnie cień. No i jest na oddziale lodówka do której można wstawić jakieś mleko, czy twarożek…
    Dobrowolnie moja noga już tam nigdy nie postanie!

Skomentuj