Kędzierzynianin kontra Maradona! Historia Krzysztofa Frankowskiego – piłkarskiej legendy regionu

3

Na piłkarskich boiskach w Kędzierzynie-Koźlu kariery zaczynało wielu znakomitych zawodników. Wśród nich jest Krzysztof Frankowski, którego niezwykłą historię opisała strona Legendy Regionu.

Jest 24 sierpnia 1959 roku, Kędzierzyn (wówczas jeszcze bez Koźla) przygotowuje się do lat sześćdziesiątych, rodzi się Krzysztof Frankowski przyszła legenda regionalnego futbolu. Wychowanek Chemika Kędzierzyn-Koźle w latach 1977-1978 gra w ówczesnej drugiej lidze. To tu zapracował sobie na transfer do pierwszoligowej Stali Mielec, gdzie występował 3 lata (chwilę u boku Grzegorza Laty), zdobył tytuł mistrza Polski i dostał szansę w reprezentacji. W ramach powołania wyjeżdża na towarzyskie tourné, które odbywa się w Japonii. W kraju kwitnącej wiśni cztery razy mierzymy swoje siły z Azjatami, we wszystkich czterech meczach gra Frankowski, wszystkie spotkania przeciwko Japonii wygrywamy (0:2, 2:4, 1:4, 0:3). Krzysztof Frankowski jeszcze nie wie, że Marian Bednarczyk w roku 1979 zabierze go na młodzieżowe Mistrzostwa Świata. Frankowski odegra tam kluczową rolę w sukcesie, jakim niewątpliwie było zdobycie czwartego miejsca na świecie, oraz zgarnięcie drużynowej nagrody fair play turnieju.

Zacznijmy jednak od początku, w grupie jesteśmy ze słabą Indonezją, którą rozbijamy bez problemu oraz Jugosławią, gdzie występuje w tamtym czasie znakomity napastnik Vahid Halilhodzić oraz Argentyną naszpikowaną mniejszymi bądź większymi talentami. Wśród nich jest także facet, który zmieni bieg piłkarskich dziejów, sprawi, że piłka nożna na całym świecie kojarzona będzie głównie z nim. To Diego Maradona. Osiemnastoletni wtedy chłopak zgarnia tytuł MVP turnieju, a w meczu z Polską w japońskim mieście Saitima strzela bramkę w siódmej minucie meczu. Według różnych źródeł dopuścił do tego właśnie Frankowski, który nie do końca upilnował popularnego „Pelusa”. Polska przegrywa to spotkanie 1-4, ale dalej radzi sobie na turnieju już tylko lepiej.

W ćwierćfinale mistrzostw ogrywamy zawsze groźnych Hiszpanów. Zatrzymujemy się dopiero w półfinałowym starciu, w którym ulegamy po niesamowitej walce z ZSRR 1:0. Brak motywacji w meczu o 4. miejsce sprawił, że przegrywamy z Urusami po karnych i wracamy do domów bez medalu, ale z nagrodą za zespołowe fair play, niezłym dorobkiem strzeleckim Pałasza (5 goli) i z Krzysztofem, który złotymi literami zapisał się w historii naszego miasta, a w samym turnieju strzelił nawet bramkę Jugosławii!

Kolejne trzy lata grał w mieleckiej Stali, by w końcu zapracować na transfer za granicę i to nie byle gdzie, bowiem ofertę złożył ówczesny mistrz Francji FC Nantes, a na tamte czasy był to potentat tamtejszej ligi, który dobrze radził sobie również w kampaniach europejskich. Frankowskiemu odradzano transfer w tym kierunku, ponieważ poprzeczkę podniósł by sobie być może o metr za wysoko, jednak ten nie zważał na rady kolegów i trenerów, spakował się i wyjechał na podbój Europy. Jak się później okaże, wyszedł mu on połowicznie.

W drużynie kanarków czekali już na niego tacy piłkarze jak choćby Michel Der Zakarian, czy kolega z młodzieżowych Mistrzostw Świata Vahid Halilhodzić, który kilka razy z rzędu zgarnia nagrodę dla najlepszego strzelca Ligue 1. Pierwszy sezon dla klubu z Bretanii oraz samego Frankowskiego okazał się fatalny, kędzierzynianin mało grał, zespół jako faworyt rozgrywek zajął dopiero szóste miejsce, a marsz po Puchar Mistrzów (dzisiejszy odpowiednik Ligi Mistrzów) kończy się na pierwszej rundzie. Kolejny rok to krok do przodu, bo przecież gorzej być nie mogło, Nantes zajmuje drugie miejsce w lidze zaraz za plecami PSG i wytycza sobie cel nadrzędny – podbój Europy! Klub sprowadza takich piłkarzy jak Didier Deschamps (tegoroczny triumfator turnieju MŚ Rosja 2018 jako trener reprezentacji Francji), Marcel Desailly (wtedy jeszcze niepełnoletni chłopak, uznawany we Francji za ogromny talent), Bruno Baronchelli czy Antoine Kombouare.

Trzeba sobie zdać sprawę, że Frankowski mógł mieć problem z graniem, przy takich transferach było to pewne jak to, że woda jest mokra, a trawa zielona. Tak się jednak nie stało. Polak grał coraz lepiej i nie było podstaw, by sadzać go na ławce.

Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie stadion San Siro w Mediolanie, arena zmagań wielu wielkich finałów i meczów na najwyższym piłkarskim poziomie. Rok 1986, piąty dzień marca, a w środku pięćdziesiąt tysięcy ludzi, hałas i euforia. W tak pięknej, aczkolwiek stresującej scenerii, znalazł się nasz bohater. Inter Mediolan to przeciwnik FC Nantes w 1/4 pucharu Europy, Frankowski w pierwszym składzie, drużyna z Włoch to swojego rodzaju puszka Pandory dla ekipy kanarków – jeśli tylko ją tkniesz, a nie daj Boże uchylisz wieko, ujrzysz takie gwiazdy jak Tardelli, Zenga (ostatnio trener Crotone na poziomie Serie A we Włoszech) i przede wszystkim niemiecki Jurek Killer, a poprawnie Jurgen Klinsmann, postrach bramkarzy. Cały mecz przebiega oczywiście pod dyktando nerrazzurich, a w 79. minucie bramkę na 3-0 po błędzie całej obrony Nantes (w tym Frankowskiego) strzela właśnie Niemiec, Klinsmann, który później wygrywa w tej dyscyplinie wszystko, co jest do wygrania. Zresztą Jurgen to ten piłkarz z kategorii pokaż mi trofeum, a ja je zdobędę.

W 1987 roku Frankowski opuszcza Bretanię, a FC Nantes kończy ten sezon na 12 miejscu rozgrywek, najbardziej elitarnych we Francji Ligue 1. Malownicza Normandia to kolejny przystanek w karierze kędzierzynianina, a jego nowym klubem zostaje AC Le Havre, wędruje tam razem z Bruno Baronchellim, z którym zaprzyjaźnił się w okresie gry w Nantes. W drużynie błękitno-niebieskich nie robił furory, aczkolwiek grał i to było ważne. „Franek” w Ligue 1 rozgrywa łącznie 90 meczów. Jeśli chodzi o lata osiemdziesiąte był to znakomity wynik, swojego rodzaju bonanza Frankowskiego. Zestawiając te same statystki w dzisiejszych realiach moglibyśmy mówić tylko o małej przygodzie za granicami naszego kraju.

Informacje podawane przez źródła francuskich mediów mówią nam o tym, że Krzysztof Frankowski na zakończenie zawodowej kariery nie chciał bawić się w trenerkę, ale chętnie przyjął posadę scouta w klubie z siedzibą na La Beaujoire w Nantes. Obecnie mieszka we Francji.

Maciej Nowak

Podobało się? Odwiedź stronę Legendy Regionu na Facebooku.

3 KOMENTARZE

  1. Szkoda, że tak mało mówi się o Czesławie Marcolu, futboliście z Opola. Ten pan powyżej był piłkarzem nożnym. W mediach panuje nadreprezentacja piłki nożnej i trochę to się już robi nudne. Oczywiście fajnie, że wspominacie go. Zawsze dobrze jest wspomnieć ciekawą, zapomnianą postać związaną z okolicą i regionem, czy to urodzoną i wychowaną tutaj, czy też taką, która połączyła swoje losy z tym terenem na dorosłym już etapie życia. Z (dzisiejszego) Kędzierzyna-Koźla i okolic pochodziło wiele ciekawych osób. Szkoda, że tak mało się o nich mówi. O wielu się nie wspomina, bo albo mieli pochodzenie, które niektórych, nie wiedzieć czemu, odstrasza (żydowskie lub niemieckie), bądź zajmowali się sprawami, które nie należą do „mainstreamu” (mniej popularne dyscypliny sportu, nauka, malarstwo). Warto grzebać, szukać, organizować wystawy, prelekcje, wydawać publikacje naukowe i popularno-naukowe oraz produkować filmy dokumentalne. Jeżeli już nadawać (lub zmieniać) nazwy ulic od nazwisk zasłużonych osób, to niech to nie będą postaci kontrowersyjne i polityczne (jak choćby Lech Kaczyński) albo mocno przereprezentowane w ogólnopolskiej przestrzeni publicznej (Karol Wojtyła), tylko właśnie ludzie z okolicy i regiony. Cieszy fakt, że upamiętniono parę lat temu jedną z ulic w mieście nazwiskiem profesora Joncy. Szkoda tylko, że obyło się to bez większego echa i, że jest to chyba najmniejsza i najmniej istotna ulica w Kędzierzynie.

Skomentuj