Dla tych pupilów poświęciła swoje życie. Pani Wiesia i jej koci świat

7

Gdy jej córeczka przyniosła do domu dwa małe kociaki, od razu pokochała te zwierzęta. Od tamtej chwili robi dla nich wiele. Pracując w schronisku dla zwierząt, niemal codziennie ma do czynienia z cierpieniem, którego sprawcami zazwyczaj są ludzie. Pani Wiesława Knipfelberg to wyjątkowa osoba o niezwykłym sercu dla zwierząt.

W kociarni w kędzierzyńsko-kozielskim schronisku dla zwierząt przebywa obecnie 65 osobników. Pani Wiesława nie tylko troszczy się o koty, które do niej trafiają, ale również pomaga tym, którzy zdecydowali się adoptować któregoś z nich.

Przybłąkał się do mnie mały kot, niestety nie mogę go trzymać w domu, więc się zwróciłam z problemem do schroniska. Od razu udzielono mi pomocy, wyjaśniono wiele rzeczy, wsparto karmą i dostałam ciepłą budkę. Widać, że pani Wiesia ma serce dla tych czworonogów – mówi mieszkanka Kędzierzyna-Koźla.

Pani Wiesława ma cztery własne koty, do tego codziennie, po zakończeniu pracy w schronisku, zabiera do swojego domu koty wymagające opieki 24-godzinnej. Nie jest to łatwe, lecz ona nie wyobraża sobie zostawić ich samych.

Ludzie mają negatywny stosunek do kotów. Przeganiają je, gdy spotkają na swojej drodze. Jeśli widzimy zaniedbanego kota, powinniśmy się nim zająć i wysterylizować. Gdyby każdy na swoim podwórku zadbał o koty, to problem z nimi nie byłby tak dotkliwy. Ludzie w naszym mieście raczej nie lubią kotów, nie wiem, z czego to wynika. Chcą po prostu się ich pozbyć, nie myśląc o tym, że one mają prawo żyć – mówi pani Wiesława.

Jak podkreśla miłośniczka kotów, wciąż funkcjonuje utarte myślenie, że jeżeli złapiemy kota i zaniesiemy do schroniska, to zapewnimy mu lepsze życie.

Niestety dla nich nie jest to nic dobrego, one nie potrafią tu żyć, nie potrafią się zaaklimatyzować i być cały czas w takim środowisku. Trafiają tu najczęściej kotki po wypadkach, zabrane matkom, osierocone, bywa i tak, że ludzie przynoszą koty do sterylizacji i już ich nie obierają – wyjaśnia.

Kolejnym problemem, z jakim zmagają się koty w naszym mieście, są choroby. Schorowanych czworonogów nikt nie chce, trafiają do schroniska, gdzie muszą żyć w wegetacji. Najczęstsza chorobą kocią jest FIP, zakaźne zapalenie otrzewnej, które do lutego było chorobą śmiertelną. Niestety szanse na przeżycie ma niewiele zwierząt. Leki kosztują kilka tysięcy złotych.

Jest wiele kotów, które ze względu na chorobę, nie znajdą nigdy domu. Ja właśnie takiego kota mam. Został znaleziony kilka lat temu w Blachowni, był skierowany na eutanazję. To było kilkutygodniowe kociątko, wzięłam go do domu i postanowiłam odkarmić. Kot stracił jedno oczko, z drugiego odkleja mu się siatkówka. Gdybym go nie przygarnęła, nigdzie nie znalazłby domu. Niestety mój kot zachorował na nieuleczalną chorobę FIP, zakaźne zapalenie otrzewnej. W lutym tego roku pojawiła się szansa dla tych kotów, lek przebadany klinicznie, ale niezarejestrowany. Jest trudno dostępny i niestety kosztuje kilka tysięcy złotych. Na Facebooku jest grupa osób, która wspiera się wzajemnie w chorobach kotów. Oni też pomagają w zamówieniu leku na FIP. To jest smutne, że z takiej szansy wyleczenia swojego pupila może skorzystać tak niewiele osób – mówi Pani Wiesława.

Kot pani Wiesi żyje tylko dzięki temu, że kobieta pożyczyła pieniądze od znajomych, rodziny i wykupiła lek dla swojego pupila. Koty według niej to niezwykłe zwierzęta, które zasłużyły na więcej szacunku, zrozumienia i serca ze strony ludzi.

Kliknij, aby przejść na stronę zbiórki

7 KOMENTARZE

  1. Jest dużo osób,ktore jak pani Wiesia poświęcają wszystko kotom.Karmiciele na dzialkach, wolontariusze, muszę wymienić pana Józefa, panią Zenię,Anię,panią Danusię no i pani Wiesię i inne kochane osoby,na które koty mogą liczyć.A tyle okrucienstwa wobec tych zwierząt.Trzeba wznowić edukację w przedszkolach i szkołach.Uczyć miłości do zwierząt, zdanych na łaskę czlowieka.

    • Są to przede wszystkim wspaniałe osoby o nieprzeciętnej odwadze i harcie ducha. Głównie kobiety, bo odważnych mężczyzn w naszym mieście ze świecą szukać. Znoszą na co dzień obelgi, wyśmiewanie, a i napaść fizyczna wcale nie jest rzadkością. O każdej porze dnia (a zwłaszcza nocy) i prrzy każdej pogodzie niosą pomoc w miejscach nieraz tak zadupiowych i niebezpiecznych, że nawet nieostrożne postawienie stopy grozić może poważnym wypadkiem i nikt nawet nie będzie o tym wiedział, a zwłoki znajdą dopiero archeolodzy za 100 lat.
      A narażanie się na niebezpieczeństwa wynika stąd, że muszą swoją działalność prowadzić po kryjomu, po zmroku, ponieważ włodarze obiektów , gdzie są koty w potrzebie nie życzą sobie ani tych kotów ani tych pań i dupie mają wszystkie ustawy i przepisy chroniące zwierzęta. I nie są to jacyś tajemniczy „oni”, tylko konkretne osoby posiadające imiona i nazwiska. Warto by im się do tyłków dobrać, bo to oni łamią prawo a nie te Panie, które choćby i nielegalnie ale wejść tu i ówdzie muszą.

  2. Osobiście znam dwie takie Panie tzw.Kocie matki.Jedna z nich to Pani Daniela,która dokarmia koty w naszym mieście/ nie napisze jednak gdzie /.Od lat codziennie,mimo swojego podeszłego już wieku, jezdzi swoim damochodem na swoją działke,gdzie dokarmia kilkanascie bezdomnych kotów.Jest z nimi w deszczu i gdy na dworze sypie śnieg i jest bardzo niska temperatura.Ta Pani ma na imię Daniela.Chylę głowe przed takimi ,, kocimi wolontariuszkami „,jak Pani Daniela.

Skomentuj