Człowiek, który myli się niezwykle rzadko. Sebastian Steyer rywalizował w mistrzostwach świata w darcie

2

Weekend, styczniowy poranek. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że na imprezie rangi mistrzowskiej zaprezentuje się mieszkaniec naszego miasta. Z początku nie mogłem w to uwierzyć, ponieważ myślałem, że wszystkich wielkich sportowców z naszego miasta jestem w stanie wymienić jednym tchem. Jak się później okazało, wcale tak nie jest. Mistrzostwa świata w darcie, a na niej facet urodzony i mieszkający w Kędzierzynie-Koźlu. Pośród Anglików, Holendrów i całej reszty świata – kędzierzynianin. Dowiedziałem się przypadkiem, chyba z jakiejś mało istotnej dla mnie reklamy w internecie. Nie z plakatów na mieście, nie z radia czy telewizji. Od razu po zakończonym turnieju zaprosiłem go do na rozmowę. Miejsce, które wybrał nasz gość, tak jak i on było nieprzypadkowe – bar „Grota”. Bo gdzie indziej opowiadać o swoich osiągnięciach, jeśli nie w jednym z miejsc, gdzie wszystko się zaczęło? Dla wielu z nas dyscyplina ta może wydawać się po prostu nudna i mniej znana. W dobie popularyzacji różnych nowych i coraz to ciekawszych konkurencji sportowych chyba zapomnieliśmy o starym, dobrym darcie. Dziś wspólnie z Sebastianem Steyerem i jego wywiadem trochę wam o nim przypomnimy.

– Maciej Nowak: Zacznijmy od tego, czym zajmuje się nasz bohater poza swoją działalnością sportową, jakie są jego zainteresowania, hobby oraz jak wygląda jego życie prywatne i zawodowe?

– Prowadzę wypożyczalnię samochodów, to nic specjalnego. Jeśli mam mówić o hobby i pasjach, to wszystko kręci się wokół darta. Poza tym, jeśli czas pozwoli, to chętnie wybieram się na mecze siatkówki. Lubię dobrą muzykę, oglądam dużo programów telewizyjnych związanych tematyką z kanałami Discovery, to naprawdę mnie ciekawi i rozluźnia. Życie prywatne to oczywiście nieustannie wspierający mnie żona Honorata i syn Marcel.

– Chyba niewielu mieszkańców wie o tym, że kilka dni temu brałeś udział w tak dużym wydarzeniu, jakim są mistrzostwa świata w darcie, pewnie jesteś tego świadomy? Może w ogóle powiedzmy czym właściwie jest dart? Czy to zwykłe rzucanie lotkami w tarczę zawieszoną na wysokości dwóch metrów?

– Niewielu mieszkańców o tym wie, bo być może nie zostało to ogłoszone i promowane w odpowiedni sposób. Nie było promocji tego wydarzenia w naszym mieście. Same mistrzostwa transmitowane były dla wielu telewizji na całym świecie, a w Polsce można było je oglądać w popularnym serwisie YouTube. Jeśli chodzi o to, czym jest dart, to spieszę z wytłumaczeniem. Jest to dyscyplina sportowa znana od stuleci. Chodzi o to, by rzucając lotką, udawała się ona we wcześniej wycelowane przez nas miejsce na polu tarczy. Nie wiadomo do końca, kto wymyślił grę w darta. Sam pomysł tablicy prawdopodobnie pochodzi od przekroju poprzecznego drzewa, lecz niektóre zapiski historyczne sugerują, że pierwszymi tablicami do darta były spody beczek do wina, od czego miała wywodzić się pierwsza nazwa gry – „butts”. Spekuluje się również, że sport ten wziął swoje początki od rywalizacji pomiędzy znudzonymi wojownikami w przerwie między kolejnymi bitwami. Żołnierze rzucali krótkimi strzałami w powierzchnię pnia drzewa. Kiedy kora schła, pęknięcia tworzyły „pola”. Wkrótce zaczęły pojawiać się regionalne zasady, a stolarze, którzy upatrzyli sposób na szybki i łatwy zarobek, zaczęli produkować odpowiednie tablice dla lokalnych pubów (przeprowadzkę do lokali wymusiła m.in. mroźna zima). Gdy gra zaczęła być popularna wśród społeczeństwa, nawet mniej zamożna szlachta zaczęła próbować swych sił w tym nowym sporcie.

– Kiedy i w jaki sposób zacząłeś przygodę z tym sportem?

– Dart stawał się mocno popularnym sportem w Polsce od roku 2001, to wtedy zacząłem całą zabawę. Faktem poprzedzającym było to, że czynnie grałem w piłkę nożną, ale kontuzje i problemy z kolanem i jego operacjami wykluczyły mnie z tego sportu na dobre. Postanowiłem rzucać lotkami. Potem przyszła prawie 10-letnia przerwa, która związana była z moim życiem zawodowym. Na tamten moment było to niestety dość istotne i ważne. W pełni skupiony tylko na darcie wróciłem do niego w roku 2017.

– Jaki obowiązywał system na mistrzostwach? Czy gracie w znane i typowe „501”? (rzucaniem w pola schodzi się liczbą punktów w dół, tak, by jak najszybciej osiągnąć punktację równą zeru).

– Dokładnie. „501” double out (sposób zakończenia rozgrywki w darcie. Nakłada na gracza obowiązek zakończenia gry poprzez wyzerowanie stanu punktowego trafieniem w pole punktowane podwójnie). System tych mistrzostw jest dobrze znany wszystkim graczom System-KO (knock-out) zresztą jak wszędzie przy okazji takich rozgrywek. Grasz mecz, jeśli go przegrasz – jedziesz od razu do domu, nie masz szans na jakiekolwiek poprawki.

– Jak dostać się na imprezę federacji BDO w charakterze czynnego zawodnika? Jaką trzeba przejść drogę, by rzucać lotkami na wagę mistrzostw świata?

– Temat rzeka, nie da się tego zbytnio uprościć. Po prostu nie da się w kilku słowach, zdaniach, odpowiedzieć na to pytanie. To jest coś, czego uczysz się latami, by w ogóle to zrozumieć.

– Mamy czas, nalegamy byś jednak spróbował.

– Są dwie drogi. Dwie możliwości do pojechania na darterski mundial. Pierwsza ścieżka to turnieje w Europie Wschodniej i jak największa potrzeba punktowania w nich, by w rankingu znaleźć się na premiowanym miejscu. To kolejność imprez, zaczynając od Turcji, Węgier, Czech, po Rumunię, Słowację, Grecję, kończąc na Ukrainie, Rosji i w końcu Polsce. W każdej takiej imprezie zdobywasz punkty, z których to później tworzy się ranking, powiedzmy – klasyfikacja. Tylko jeden, najlepszy, uzyskuje promocję do startu w pre-eliminacjach mistrzostw, czyli pierwszej rundzie. Dopiero po przejściu tej rundy i wywalczeniu awansu do rundy drugiej, trafiasz na mistrzostwa. W moim przypadku na turniej dostałem się z ogólnego rankingu BDO. To suma 12 europejskich turniejów, które są podzielone na kategorie A,B,C itd. Zależne jest to od budżetu danej organizacji. Weźmy na przykład Polskę. Turniej Poland Open to kategoria C. Za zwycięstwo otrzymasz dwa tysiące złotych i, co ważniejsze, szesnaście punktów do rankingu ogólnego. Jeśli wybierzesz się na turniej kategorii A+ czyli na przykład do Danii, to za zwycięstwo zainkasujesz już pięć tysięcy euro, a do rankingu wpadną aż czterdzieści dwa punkty. Ot cała różnica w kategoriach i drogi do wielkiego turnieju.

– Opowiedz nam o samej atmosferze na turnieju i o twoim wyniku sportowym.

– Wystarczy wpisać w YouTubie frazy związane z tym wydarzeniem, by wiedzieć, co tam się dzieje. Atmosfera jest niesamowita. Ludzie przebrani za postacie, jakie tylko sobie możemy wyobrazić, wspólne śpiewy kibiców znanych popowych piosenek, doping na najwyższym poziomie, telewizja i tym podobne. To wszystko sprawia, że czujesz się jak na naprawdę wielkich zawodach. Jeśli chodzi o aspekt sportowy, to wielkim osiągnięciem jest już to, że znalazłem się w gronie 32 najlepszych darterów świata. Znaleźć swoje miejsce w tak doborowym towarzystwie to nie jest zjedzenie bułki z masłem. Trzeba sobie na to niewyobrażalnie mocno zapracować. W drugiej rundzie trafiłem na Belga przy okazji na mojego dobrego przyjaciela, z którym od lat mam świetny kontakt, jest on ikoną światowego darta. Mario van den Bogaerde, bo o nim mowa, zakończył moje marzenia o kolejnych rundach turnieju. Od początku był faworytem, to 11 lotka świata. Sam system turnieju, jak wspominałem wcześniej, to system KO (knock-out). Wyobrażasz sobie? Jedziesz gdzieś 300, 400 czy 2000 kilometrów, dostajesz w łeb i możesz wracać do domu. Taki mamy klimat. Wielka szkoda, że los złączył mnie i Maria już w drugiej rundzie mistrzostw. Godzę się z tym i wiem, że muszę pracować i trenować dalej. Przecież w ogólnym rankingu na ponad 1400 zawodników zajmuję 27. miejsce, to wiele mówi.

– Jakie czekają cię kolejne turnieje i wyzwania?   

– Zaczynam za tydzień. Niemcy, Hildesheim. Kwalifikacje do organizacji PDC (Professional Darts Corporation). Duża mobilizacja, bo rok temu na 4 dni dobrego grania zabrakło mi jednej wygranej do osiągnięcia upragnionego celu. Gdyby popatrzeć na mój kalendarz rozgrywek, to praktycznie co tydzień, dwa, jestem w innym miejscu. Dania, Holandia, Włochy i pozostała część Europy.

– Czy masz jakieś treningi? Jak one wyglądają?

– Jasne. Przecież to sport. Musisz trenować, by się poprawiać, stawać się lepszym. Dziennie to 4 godziny, 2 rano i 2 po południu. Po trzecim dniu treningów, po porannej sesji, dochodzi jeszcze siłownia.

– Siłownia? Rozumiem treningi rzucania do tarczy, ale siłownia?

– Chodzi o wzmocnienie nóg czy pleców, kiedy zliczysz sobie moje godziny spędzone na nogach przed tarczą – rzuty, poprawna pozycja itp., to wtedy zrozumiesz, jak ważny jest dla mnie również trening siłowy.

– Czy oprócz darta były w twoim życiu jakieś inne dyscypliny sportowe, w których brałeś aktywy udział?  

– Było trochę koszykówki, lecz zaczynałem od piłki nożnej. Grałem w Chemiku, jednak kontuzje skutecznie uniemożliwiły mi dalsze granie. W karierze piłkarskiej obiłem się nawet o kadrę Polski do lat szesnastu, ale to bardzo długa historia.

– Przechodząc powoli do końca naszej rozmowy, pytanie, czy Sebastian Steyer ma jakieś podpowiedzi dla młodych dopiero zaczynających karierę darterów?

– Najważniejsze to zakup tarczy, lotek i codzienne treningi, by szlifować talent lub wyrobić w sobie taką umiejętność. Powiem ci, jak to wygląda w Anglii albo Holandii. W tych krajach są szkółki, szkoły, które przygotowują do tego sportu. Na zajęciach WF-u dzieciaki grają w darta. Na Węgrzech masz program nauki matematyki, który opiera się o tarczę z naszej gry. Liczenie wyników za pomocą rzutów, jakiś kosmos. Dzieci uczą się matematyki nie na zasadzie wbijania suchej wiedzy do głowy, tylko rozwiązują równania za pomocą lotek. Jest do obliczenia zadanie matematyczne, które możesz rozwiązać lotkami. Rzucasz w tarczę, próbując wskazać prawidłowy wynik, taki przykład. U nas tego nie ma i jeszcze bardzo długo nie będzie, mało sportów poza tymi najpopularniejszymi nas interesuje. Może kiedyś się to zmieni i sami będziemy lgnąć do innych dyscyplin w celu ich lepszego poznania.

Na tarczy celujesz w dziewiętnastkę czy dwudziestkę?  

– Oczywiście, że w dwudziestkę! Nie spotkałem się jeszcze z rzucaniem w dziewiętnastki na poważnych turniejach. Owszem, amatorsko na przykład w barach do piwa tak, jak najbardziej, ale dla mnie łatwiejszym celem jest dwudziestka. Masz ją przecież na wysokości wzroku, da się skończyć rozgrywkę „501” już dziewiątą lotką. Kiedyś mi się to nawet udało. A jeszcze wcześniej za taki wyczyn płacili na oficjalnych turniejach bagatela sto tysięcy funtów, dasz wiarę?

2 KOMENTARZE

  1. Fajny wywiad, choć z tą „nudną dyscypliną” we wstępie to trochę na wyrost. Wystarczy wyjrzeć trochę dalej (i wcale nie aż tak daleko) na świat i się okazuje, że dyscyplina generuje milionowe zyski, zabiegają o nią telewizje i sponsorzy i przyciąga tłumy na hale i przed telewizory – i nie tylko w Wielkiej Brytanii czy Holandii ale również np. w Czechach czy na Węgrzech. To tylko kwestia perspektywy i tego że tkwimy w przekonaniu że widowiskowy sport to tylko skoki narciarskie, piłka nożna i siatkówka… Ale generalnie super, że pan redaktor wyłapał że coś fajnego się dzieje! Tak trzymać.

  2. Z tym 11 miescem Maria i Twoim 27 „na świecie” to troszkę przesadziłeś :) Szanowni Państwo, drodzy redaktorzy, Organizacja BDO stoi w cieniu Światowego Darta ! Wszystkie oczy skierowane są w kierunku PDC gdzie oprócz o niebo lepszego poziomu niż w BDO, stoją duże pieniądze :) troszkę pokory :)

Skomentuj